Tour Izerski 2011

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Czwarta rano, dwie szybkie kawy, pakowanie i w drogę. Przed nami w drodze w Góry Izerskie było ponad 400 kilometrów... Rok temu wyścig ten był rozgrywany w terminie Road Trophy, więc fizycznie nie dało się tam pokazać. Tym razem trzeba było spróbować! Okolic Szklarskiej, Jakuszyc, Harrahova - znanych i popularnych szczególnie z zimowych dyscyplin nie miałem nigdy okazji odwiedzić, więc okazja była wyśmienita. Co prawda nieznajomość trasy, a także polsko-czeskiej stawki zawodników nie pozwalała czuć się pewnie przed startem, ale ostatecznie rezultat był najlepszy z możliwych.

Na starcie zgromadziło się nie spełna stu osobowe międzynarodowe towarzystwo. Peleton był ubezpieczany przez marszali na motorach, pilota, sędziów i "koniec wyścigu". Wszystko to pozwoliło czuć się bezpiecznie i skupić się tylko na jeździe. Początek z Czerniawy Zdrój w kierunku Świeradowa, gdzie był start ostry. Od razu pod górę i od razu szybko - pierwsza próba sił i lecimy pod górę ponad 30 km/h, dopiero końcówka spokojniej. Przed Szklarską fatalny fragment drogi, dziura na dziurze, kierownica w kierownicę, ale nadal jest bezpiecznie! Ostro w dół do Szklarskiej i znów w górę na Jakuszyce. Na górze wiata nas wiatr, kierunek jazdy zmienił się na zachodni, więc trzeba walczyć już nie tylko z nachyleniem drogi. Na zjeździe do Harrahova atakuje dwójka zawodników, udaje im się uzyskać przewagę, ale silny czołowy wiatr nie dawał im wielkich nadziei, tym bardziej, że peleton wcale nie odpuszcza...

Gdy zaczyna się kolejny podjazd robi się gorąco. Dawno nie namachałem się tyle manetką na podjeździe. Jest szybko! Co ciekawe czołowa grupa liczy cały czas około 20 osób - nikt łatwo nie odpuszcza. Ucieczka skasowana i kolejny ostry zjazd, gdzie na jednym z zakrętów ktoś ląduje w lesie, a my znów w górę w kierunku Białego Potoku. Trasa wiedzie wokół malowniczo położonego jeziora, ale napatrzyć się nie za bardzo jest czas. Przed nami najbardziej karkołomny zjazd tego dnia. Trochę dała znać nieznajomość trasy i po posilaniu się na początku zaczynam zjazd z końca grupy. Ostre wiraże rwą grupę bardziej niż wcześniejsze podjazdy a nie da się łatwo wyprzedzać... Zostaje trochę z tyłu w towarzystwie m.in. ubiegłorocznego zwycięzcy Roberta Bodnaryka. Na dole jeszcze kraksa, musimy trochę zwolnić i czołówka znika nam z oczu. Już myślałem, że jest po zabawie...

Jest nas pięciu, ale gonimy tylko we dwóch z Robertem. Do mety jest już niedaleko. Łatwo nie jest bo trasa nadal kręta i ciagle wieje. Po jakimś czasie zaczyna być wiadać czołówkę - nie są daleko. Na drodze jest jakiś objazd i trasa musiała ulec skróceniu o ok. 10 km, ale za to jest szybciej lekki podjazd. Zagięcie, po karetce i samochodzie sędziowskim dochodzę czołówki. Na rogrzewce chciałem zobaczyć ostatnie kilometry i coś zaczyna mi się kojarzyć. Przełęcz w oddali to już chyba granica, z której na metę było raptem 2-3 kilometry. Przed peletonem jedzie cały czas zawodnik w stroju BMC, postanawiam skoczyć. Za pierwszym razem chętnych było sporo, ale za drugim puścili i jadę sam. Zbliżam się do prowadzącego zawodnika, ale czuję się dobrze, więc jeszcze poprawiam i jadę sam. 5 kilometrów do mety i w górę na granicę. "All-out test" - na górze przewaga wydaje się duża, do końca już blisko. Nagle pilot jadący przede mną wyciąga flagę, żeby zatrzymać auto jadące z przeciwka i znacząco zwalnia. Jest w dół, pełne ryzyko, ostry zakręt w prawo, wyprzedam i ląduje z lewej strony na poboczu jadąc po trawie. Ale udało się zmieścić przed barierką... 500 metrów - peletonu nie widzę. Lekko pod górę, nogi już jak z waty, 300, 100 - ktoś z tyłu goni... Ale już jest koniec, ręcę w górę!

Na mecie super zaopatrzony bufet i pasta party z nieograniczonymi dokładkami :) Wyniki, dzięki wykorzystaniu chipówą są szybko i sprawnie (Tomek 14 w kategorii). Dekoracja wcześniej niż planowano. Wymieniam jeszcze nagrodę z Robertem w podziękowaniu za pomoc w gonitwie i jedziemy z powrotem.

Impreza super zorganizowana! Za rok, jeśli tylko czas pozwoli trzeba się wybrać ponownie, tym bardziej, że zapowiadany jest finisz na Stogu Izerskim. Poziom zawodników też wysoki, niecałe 90 km z około 1600 metrami w pionie z średnią ponad 40 km/h.

Zdjecia, jak tylko się pojawią.

2 Liczba komentarzy:

  • 1
    Dominik Broniszewski Dominik Broniszewski 22 sierpnia 2011, 20:45 ^
    Średnia prędkość zwycięzcy wyścigu i pierwszej grupy na mecie: ponad 42 km/h - to całkiem niezła średnia jak na wyścig górski ;)))
  • 2
    krzywy krzywy 22 sierpnia 2011, 17:53 ^
    Pozdrowienia i podziękowania dla Tomka Wójcika za fajną współprace na zmianach od pierwszego podjazdu za Korenovem. Szkoda, że nie dołożył na finiszu gościowi z Podgórzyna...ale za rok odwdzięczy się z nawiązką:) -Marcin

Napisz komentarz

Upewnij się że wpisałeś (*) wymagane informacje we wskazanym miejscu.
Prosty kod HTML jest dozwolone.

Szosa Tour Izerski 2011