Po odprawie udajemy się na nocleg do drewnianego domku. Na miejscu okazuje się ze oprócz nas czterech jest jeszcze dwóch innych lokatorów. Po zeszłorocznych luksusach tym razem musieliśmy się ściskać jak śledzie w beczce. Rano o 7.00 na śniadanie podawany jest makaron z serem. Nie mając w domku już swojego jedzenia poprosiłem o repetę.
Na starcie ustawia się około 80 zawodników. Nie jest to za wiele ale dużo więcej niż przed rokiem. Punktualnie o 9.00 odliczanie i start. Od startu jesteśmy pilotowani przez policję która po wyjechaniu poza miasto kończy swoją pracę. Na początku tempo dosyć wolne więc cały peletonik przemieszcza się po malowniczych okolicach. O tym jak jechaliśmy wolno świadczy choćby to, że nawet chłopaki z Road Maraton próbowali odjazdów. Po kilkunastu kilometrach jak już się drużyna Ślimaka wyszumiała Tomaszek, Buła i kilku innych rozkręciło trochę tempo i peleton zaczął się kurczyć. Przed Ustrzykami Górnymi kolarz obok mnie najeżdża na duży kamień który trafia w przód mojego roweru powodując jakieś stukanie. Nie wiem czy to szprycha uderza o widełki czy może magnes o nadajnik. Koło się kręci, da się jechać więc postanawiam się nie zatrzymywać. Jazda ciągle jeszcze dużej grupy wygląda bez zmian, tzn. Tomek naciąga i dzieli na podjazdach a na zjazdach ponownie się wszyscy zjeżdżają. Z kolei na prostych często ciągnie Buła. Waldek raz się spróbował trochę wylansować jadąc przed grupą zaczął robić jakieś wygibasy. Chyba trochę przeszarżował bo zaraz na podjeździe odpadł od grupy. W miejscowości Mchawa skręcamy w lewo w boczną drogę i zbliżamy się do bufetu. Za bufetem zjazd po bardzo dziurawej drodze a potem lekko w dół. Na tym odcinku próbuje odjechać Tomaszek wspólnie z kolarzem z Sandomierza. Życzyłem Mu udanej akcji chociaż chłodno kalkulując małe były szanse na powodzenie tej ucieczki bo do mety było jeszcze 60km. Buła postanawia "ulżyć" kapitanowi aby się tak nie męczył i kasuje ten odjazd. Ja do tej pory nie wychylałem nosa wioząc się w środku dużej grupy. Zawsze jest tak że przy tak licznej grupie kilku nadaje tempo a pozostali z tego korzystają.
Na około 120km znak drogowy
informuje nas o 12% podjeździe. Zrzucam więc pierwszy raz dzisiaj z blatu(ma tylko 50z.) i przesuwam się do przodu. Tempo rozkręca zawodnik w biały stroju Mateusz Bieleń. Na szczycie zostaje nas tylko czwórka a za nami rozbita grupa. Jadąc w tak małym gronie wszyscy jedziemy równo i ostro. Wjechawszy w Lesku na główną drogę widzimy goniącą nas trójkę w której jest Tomaszek, a zaraz za nimi samotnie goniący Buła. Tempo naszej czwórki musiało być mocniejsze bo straciliśmy z goniącymi kontakt wzrokowy. Po około 10km wspólnej jazdy ucieka Mateusz zyskując około 50m przewagi i przez długi czas ciągle jedzie zawieszony przed nasza trójką. Dla mnie jest to korzystna sytuacja bo mocny zawodnik męczy się przed nami a nam w trójkę jest lżej. Po chwili jednak sytuacja się komplikuje po jeden z moich rywali łapie kapcia a drugi(w stroju Miche) daje coraz słabsze zmiany i zagaduje do mnie że mu jest na prostych ciężko sugerując mi abym go ciągną. Odpowiadam że mi też jest ciężko. Tego młodego chłopaka zapamiętałem jeszcze z poprzedniego roku gdy jadąc w małej grupce za swoim samochodem dopadł mnie kilka kilometrów przed metą. Teraz mam okazję do sportowego rewanżu. Przed nami ciągle zawieszony jest Mateusz a ja wychodząc na coraz dłuższe zmiany staram się młodego nie urwać bo jeszcze może mi się przydać. Po następnych kilku kilometrach widzę że ma już dość więc dalej samotnie gonię Mateusza. Nie zrywam się od razu na maxa tylko spokojnie odrabiam metr po metrze. W końcu Go dochodzę i jedziemy już tylko we dwoje. Teraz chwila na "gadkę szmatkę" o tym czy dojedziemy do mety przed grupą pościgową. Do mety pozostało jeszcze ponad 30km. W miejscowości Ropienka mamy przed sobą ostatni stromy podjazd. Zaczynam podjeżdżać równym
mocnym tempem a Mateusz o dziwo zaczyna odstawać. Nie zwalniając do samego szczytu uzyskuję około 1minuty przewagi. Z tego miejsca do mety pozostało mi nie całe 30km. Ponownie przypomniał mi się zeszłoroczny wyścig na którym też uciekłem na ostatnim podjeździe i zostałem dogoniony przez grupkę tuż przed metą. Tym razem gonił mnie tylko jeden zawodnik więc była nadzieja że dojadę. Przez te ostatnie kilometry tak często się oglądałem że na mecie najbardziej nie bolały mnie nogi tylko szyja. Udało się dojechać i dopiero w ostatnich zawodach tego cyklu w tym roku udało się wygrać. Minutę po mnie przyjechał Mateusz, po 5 minutach grupka z Tomaszkiem, a po kolejnej minucie następną grupkę przyprowadził Buła. Waldek stracił około 40 minut.
Podsumowując ten wyjazd na pewno zal
iczę go do udanych. Jako drużyna zdobyliśmy właśnie tutaj najwięcej punktów. Na podium wskoczył także Tomaszek(3 miejsce), Buła był czwarty a Waldek piąty. Oczywiście zdaję sobie sprawę że wyścig ten nie był mocno obstawiony bo w tym czasie były też inne zawody na których ścigali się lepsi zawodnicy, ale w tych niby łatwiejszych też trzeba się "napocić" aby coś ugrać. Jeżeli chodzi o warunki socjalne to w poprzednim roku był "ful wypas" w kilku gwiazdkowych hotelach z pełnym wyżywieniem, wieloma atrakcjami i wszystko za darmo. A teraz powiem delikatnie że było bardzo skromniutko. W tym roku na plus jest to że było Nas więcej i że był elektroniczny pomiar czasu. Jestem tutaj trzeci raz z rzędu i niezależnie od zajmowanych miejsc czy warunków zawsze mi się tu podoba. Są dobre drogi, ładne krajobrazy, życzliwi organizatorzy i fajna atmosfera. Za rok pewnie też tam pojadę, bo wrzesień bez wypadu w Bieszczady byłby jakiś nie kompletny.
