Mój plan minimum był następujący:
1. Zaliczyć wszystkie punkty
2. Miejsce w pobliżu 1/3 stawki (licząc jedynie facetów)
3. Objechać Ulę Wojciechowską (pretendentka do tytułu mistrzyni w Pucharu Polski w Maratonach Rowerowych na Orientację)
Tak naprawdę ten ostatni punkt wydawał mi się najtrudniejszy, bo Ula na wszystkich poprzednich zawodach przyjeżdżała tuż przede mną. Tę konfrontację miałem w zasadzie zaplanowaną na następny rok, ale żeby poprzeczki nie stawiać zbyt nisko, ambitnie dorzuciłem to wyzwanie do nadchodzącej imprezy.
W piątek pozbieraliśmy Staha i Niemrawego i ruszyliśmy na Pińczów. Na miejsce dotarliśmy w nocy.
Baza w MOSiRze okazała się siermiężna, ale i tak znacznie lepsza niż to, co mieliśmy rok temu w Gródku – tam temperatura w domkach letniskowych spadała nocą do 5°C. Takich trudności nie zaznaliśmy tym razem. Planowałem się wyspać, ale jak wziąłem się za rychtowanie roweru to zeszło do pierwszej. Nazajutrz obudziłem się z kurami... znaczy z Bikeholikami. Oni poszli stawiać jakieś niepotrzebne konstrukcje na starcie, a ja z nudów, leżąc w łóżku mierzyłem tętno spoczynkowe – wyszło niepokojąco wysokie. Jedyna korzyść ze wczesnej pobudki to możliwość napchania się makaronem na dwie godziny przed startem, co na pewno miało swoje przełożenie na nasz późniejszy wynik.
W końcu stanęliśmy na starcie. Strasznie mało czasu organizatorzy dali na obejrzenie mapy. Wyrysowałem pisakiem jakiś tam szkic trasy i ruszyliśmy. Umowa była taka, że Mały robi mi wiatr, a ja mu mówię gdzie jechać. Dla mnie zgranie okazało się doskonałe zwłaszcza jak na pierwszy wspólny wyścig. Co prawda widać było różnicę stylu (Mały popylał lepiej pod górkę a ja z górki - pod warunkiem, że po asfalcie, bo off-road to zdecydowanie silna strona Małego) ale wynik melanżu stylistycznego okazał się nadzwyczaj skuteczny. Wariant, który na mapie pospiesznie wyrysowałem przed startem, okazał się wariantem optymalnym. Praktycznie tak samo pojechali Buciak i Mossoczy, którzy wygrali imprezę.
Uczony doświadczeniem z poprzednich rajdów od razu ruszyłem co koń wyskoczy. Przy takiej liczbie zawodników na pierwszych punktach lubią robić się korki do perforatorów. Mały trochę marudził, że za szybko jak na początek – pewnie z obawy o moją kondycję, a może kadencja mu nie pasowała? Wiatr nam chwilowo sprzyja. Peleton bikeholików zniknął nam z oczu niedaleko za Pińczowem. W pewnym momencie usłyszałem coś jakby motor bez silnika – jednostajny i złowrogi ryk grubego bieżnika walącego o asfalt. Nie jestem pewien, ale to chyba był Zbyszek Mossoczy mijacy wszystkich z jakąś absurdalną jak na moje warunki prędkością. PK 9 łyknęliśmy szybko. Potem równie szybko śmignęliśmy skrótem dookoła kamieniołomu, ale następny skrót grzbietem do PK8 okazał się pomyłką. Otuchy dodawało, że nie tylko my wylądowaliśmy na tej niby-ścieżce. Za punktem niestety wiatr przestaje nam sprzyjać. Żeby się zanadto nie dołować myślę sobie, że ci, którzy pojechali w przeciwnym kierunku, będą mieli taki wiatr na koniec trasy. Po drodze na PK6 przedzierając się przez jakieś podwórko dogoniliśmy Staha z Niemrawym. Do punktu było pod górkę, więc mając na uwadze dystans pozostały do końca imprezy zwolniłem do tempa ślimaczego. Mały oczywiście kręcił kółka po drodze żeby nie czekać na mnie. Z PK6 pomyślałem, że fajnie byłoby wrócić do asfaltu, na czym pewnie świetnie byśmy wyszli, ale daliśmy się zwieść mapie – droga zasługiwała na swoje oznaczenie (biała) ale wiodła po ledwo uklepanym klińcu, co okropnie wpływa na komfort jazdy. PK5 łyknęliśmy sprawnie i dalej do bufetu. Pasiek czekał na nas w swoim wanie chyba po sufit wyładowanym ożywczymi drożdżówkami.
Teraz jedziemy już centralnie pod wiatr. Chwila ulgi w cieniu traktora, ale ten jedzie zbyt wolno, więc znowu zmagamy się z powiewami. Na PK 2 minęli nas ci, którzy potem z nami wygrali. Przy PK3 nie obeszło się bez wątpliwości – w porę przypomniałem sobie, że Trzmielewski rano ostrzegał, że droga wypada o parędziesiąt metrów bardziej na wschód niż wychodziłoby z mapy. Na PK4 drzemy przez chaszcze. Potem chciałem wrócić do asfaltu, ale pomyślałem, że w końcu niech i Mały ma jakąś przyjemność z tej imprezy i zaliczyliśmy bardzo fajny szutrowy zjazd. Przed PK7 w głębokim na kilka metrów wąwozie lessowym wyprzedziło nas dwóch (...) na quadzie, co aby uniknąć pylicy przypłaciliśmy kilkoma minutami straty. Już wiedzieliśmy, że pierwszy punkt planu, czyli zaliczenie wszystkich PK jest w naszym zasięgu, więc atmosfera zrobiła się lekko piknikowa. I to był pierwszy błąd prawdziwy tego dnia. Każde następne podbicie karty świętowaliśmy pochłanianiem batona albo kanapki. PK 10 zaliczaliśmy od południa. Mały przy minimalnej prędkości, na prostej w efektowny sposób fiknął przez przednie koło. Ubaw po pachy! Potem trochę detalicznej nawigacji i punkt zaliczony. Na PK 11 przeganiamy jakąś parę. Chociaż nie pamiętam, żeby nas potem wyprzedzili ku mojemu zdumieniu znowu ich doganiamy na PK 12. Okazuje się, że to Skorpion i Halina – nasi sąsiedzi w Krakowie. Z 12 już szybki asfalcik do PK13 i wreszcie wiatr znowu nam sprzyja. Niestety jak na złość osłabł trochę, ale i tak dodaje mocy. Po zaliczeniu punktu spotykamy Ulę. Brakuje jej jeszcze 12 a to dosyć daleko – wygląda na to, że zdarzyło się niemożliwe i jestem lepszy niż Och!Mistrzyni! –wzorzec metra spod Paryża, długi sygnał oznaczający godzinę dwunastą, punkt odniesienia w chaosie zmagań w zawodach MTBO. Nie licząc na jakiś oszałamiający wynik do Pińczowa wróciliśmy w tempie rozjazdowym, kontynuując mój ulubiony w MTBO styl rozlazły.
Kiedy wywiesili wyniki, osłupiałem z wrażenia. Okazało się, że zajęliśmy ex equo 9 miejsce na 44 facetów w naszej kategorii! Do tego wyprzedził nas jeden mix, 2 pary weteranów i 3 pary mężczyzn w sile wieku! Niestety, o ile przed nami jest sporo przestrzeni między kolejnymi zawodnikami, to za nami na metę przyjechał spory peleton zawodników, a różnice czasowe wcale nie dawały gwarancji, że następnego dnia nie skończymy w połowie stawki.
Niestety moja rozlazłość miała dalszy ciąg w bazie i przyczyniła się do zaniedbań w sferze żywienia, co było drugim poważnym błędem na tej imprezie. Mimo, że zaopatrzywszy się w oscypek i ziemniaki byłem przygotowany na brak przychylności organizatorów dla mniejszości jarskiej, to brak mi było śmiałości, aby z moimi heretyckimi produktami wpychać się między kiełbasy. Chyłkiem jedynie podpiekłem oscypki i pośpiesznie zjadłem, aby nie dać moim krwiożerczym znajomym możliwości sprawdzenia na ile gotów jestem się podzielić, a ziemniaki do żaru trafiły tak późno, że nie zdążyły się porządnie upiec.
Nazajutrz obudziłem się podejrzanie głodny. Bułka. Dalej głodny. Druga bułka. Dalej głodny. Start się zbliża a mnie ssie w żołądku! Pośpieszny baton tuż przed rozdaniem map też niczego nie zmienił. Tradycyjnie ruszyliśmy dosyć ostro, aby nie być ostatnimi na PK1. Jechaliśmy w potężnym peletonie. Zamiast nawigować napierałem, jak tylko potrafiłem i to był kolejny błąd. W zasadzie wiedziałem, że należało skręcić w lewo, a nie w prawo... Ale skoro wszyscy tam jadą, to przecież aż tylu ludzi nie może być w błędzie! W okolicach punktu po ścieżkach leśnych zdezorientowani rowerzyści plątali się chyba we wszystkich możliwych kierunkach. Do dziś się tego wstydzę, ale skoro regulamin nie zabraniał sięgnąłem po pomoc GPSa. Bez Trekbuddy w moim sprzęcie (Garmin CSX60) interpretacja nie była łatwa, co więcej okazało się, że wszystko to nie było w ogóle konieczne, bo i tak wtedy jechaliśmy już prosto na punkt. Z drugiej strony, kto wie ile warta jest otucha, jaką dał mi rzut oka na mapę? Podbijamy karty i jedziemy dalej. Ja napieram jak mogę a Mały marudzi, że za szybko znowu. Przy PK2 jest dosyć długa nawrotka, co pozwala z grubsza ocenić ilu gości nas wyprzedziło – na szczęście nie wielu. Dalej napieramy. Robi się z tego niezły wyścig. Cały czas depcze nam po piętach peleton, a i my mamy kogo gonić. Po zaliczeniu PK3 na chwilę udaje nam się zgubić ogon. Wtem dogania nas Paweł Brudło z kolegą (Adam Wojciechowski?) i mistrzowska aura spowija naszą grupkę. Próbujemy współpracować, ale Paweł z towarzyszem najwyraźniej naszej współpracy nie potrzebują i gubią nas koło PK5. Nieco kiepściejszy wariant przed PK5 sprawia, że ogon znowu się do nas przykleja. Za nami wlecze się wielka sfora sapiących napieraczy z żółto-zielonym Tomaszem Koniecznym na czele. Tomasz Konieczny ma w dodatku wizerunek przerażający niczym skrzydła huzarskie, bo nigdy się nie uśmiecha i nie odpowiada na próby nawiązania kurtuazyjnej pogawędki w czasie stemplowania karty. Najgorsze jest to, że nie można było choćby na chwilę przystanąć, żeby załadować baton. Zielonożółta koszulka znika nam z oczu, kiedy między PK8 a PK9 przyłączamy się do Łukasza Drażana i Marcina Nalazka. Próbuję robić zmiany, ale w moim wydaniu to raczej nie działa. Małemu zmiany wychodzą znacznie lepiej tyle, że on też się zmęczył w pościgu za Łukaszem i Marcinem. Trochę odzyskujemy twarz prowadząc przez chaszcze – nie żeby sobie bez nas nie mieli poradzić, ale przynajmniej przez chwilę proces decyzyjny odbywa się w naszych mózgach. Tuż przed PK9 mój żołądek jest już pusty jak przedwyborcza obietnica. Zaczynam jechać w trybie katorżniczo-rekreacyjnym - ja blednę i zalewam się potem, a Mały nerwowo klikając SPDem czeka na mnie po każdym piaszczystym odcinku. Mój sparciały Nokian semislik na przedzie pogarsza tylko sprawę, a odcinki z piachem wydają się nie mieć końca. RedBull nic nie pomaga. Woda z miodem wydaje się być pozbawiona kalorii. Na PK10 dołączamy do trasy rekreacyjnej i po śladach na piachu nie sposób już stwierdzić ilu ludzi nas wyprzedza. Moja forma nie napawa optymizmem. Wygląda na to, że punkty jakoś pozaliczamy, ale na dobre miejsce nie ma raczej co liczyć. Mały jedzie coraz szybciej... a może tylko ja coraz wolniej... W końcu dowlekam się na PK12. Mały z radością puszcza się w dół Garbu Pińczowskiego, a ja tylko myślę, żeby sobie krzywdy nie zrobić tuż przed metą. Próbuję stanąć na pedałach, ale jakoś nie wychodzi. Bez efektownego finiszu docieramy na metę. W sumie i tak powinienem się cieszyć, bo chyba obyło się bez skurczy.
Jakże wielkie było moje zdumienie, kiedy okazało się, że tego dnia zajęliśmy 6. miejsce! W końcowej klasyfikacji wyprzedziliśmy nawet jeden zespół weteranów, który dzień wcześniej był przed nami! Dla ostudzenia radości nie udało nam się nikogo przeskoczyć w kategorii solo – odrobiliśmy jedynie kilka minut straty do poprzednika. Pierwszego dnia pojechaliśmy chyba trochę zbyt zachowawczo. Nasze 6. miejsce drugiego dnia można uznać za wynik działania sił wyższych lub innych zjawisk nadprzyrodzonych. Dobrze, że nie pojechaliśmy w MM, bo po dwóch dniach mielibyśmy 4. miejsce i wszyscy patrzyliby na nas jak na największych przegranych. Faktem jest, że byliśmy najlepszymi ze średniaków, a przegraliśmy tylko z tymi, którzy wygrać z nami musieli. Wystarczy wymienić Mossoczego, Buciaka czy Brudło – to nazwiska na dźwięk, których mam ochotę przyklęknąć. Do tego Maciek Więcek – obecny rekordzista w Harpaganie, który pobiegł 100 km nocnej trasy w 10,5 godziny. Na dodatek zrealizowałem plan minimum w 100%, więc jak tu się nie cieszyć? Nie mam wątpliwości, że to dzięki wielkiej mocy łydy Małego gnaliśmy przez dwa dni jak wiatr na Kielecczyźnie (nomen omen). Wielkie dzięki mu za to. Mam nadzieję, że i ja na coś się przydawałem w tym duecie.
Trasa zaprojektowana przez Trzmielewskiego bardzo przyjemna - ani zbyt łatwa ani zbyt trudna, chociaż przy słonecznej pogodzie ani razu nie spojrzałem na kompas. Fajnie, że wynajdowanie wariantów nie było tak oczywiste jak miniOdysei. Widać było w tym rękę mistrza. Nawet drugiego dnia, kiedy napieracze poruszali się wielkimi hordami można było zyskać na wyborze wariantu. Liczbę asfaltów zrekompensowano długością (miało być 100+80 a było coś około 115+95 wg. wariantu zrobionego przez Piotrka Buciaka i Zbyszka Mossoczego, czyli siłą rzeczy optymalnego).
Wielkie dzięki za świetną imprezę! Było na prawdę super. Warto by zrobić więcej imprezek dwudniowych żeby lepiej zintegrować środowisko orientatorów z naszych okolic.
I jeszcze tracki:
http://pl.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=2090022
http://pl.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=2090007





