Jak zwykle bezkresne rumuńskie otchłanie nie zawiodły nas podczas trzeciego już wypadu w krainę gór zapierających dech w piersiach, o których powinny powstawać serenady śpiewane przez nadwornych grajków :-). Tego roku był to największy spontan jaki sobie można wyobrazić. Urlop wisiał na włosku, w robocie sajgon, rower w rozsypce. W dzień wyjazdu nawet nie miałem czasu wymienić opon na coś nadającego się do wyjazdu. Żarcie kupiłem w ciągu 10 minut przelatując jak meteor przez kilka półek sklepowych.
Dzień 1 - ku wielkiej przygodzie
Już niedaleko Sibiu – cel naszej wyprawy. Usypiający szum samochodu powoduje, że nasze zaspane oczęta leniwie rozglądają się po mijającym nas krajobrazie. Nie byliśmy jeszcze na rumuńskiej Ziemi. W naszych głowach kotłuje się od myśli związanych z najbliższą przyszłością. Szmat kilometrów w nieznanych górach. Jak poradzimy sobie z atakującymi niedźwiedziami, watahami wilków i rozwścieczonych psów, głodem i pragnieniem oraz piekielnie prażącym słońcem.
