MTB Maraton - Złoty Stok

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Prognozy nie zapowiadały na sobotę zbyt pięknej pogody – przewidywany deszcz trochę mnie zniechęcił do wyjazdu, ale na szczęście nic z tych rzeczy się nie sprawdziło. Aura dopisała jak tylko mogła – piękne słońce i około 20 st. C to idealne warunki do ścigania. Pierwszy raz od dwóch lat w Złotym Stoku było sucho, ciepło i słonecznie! Założenie było proste: naginać od startu ile się da. Tak też zrobiłem. Start z drugiego sektora poszedł sprawnie i bez korków na pierwszych km. 

Cisnę ile wlezie, trochę się przebijam do przodu kilka osób wyprzedza też mnie, generalnie nie jest źle. Pierwszy podjazd zawsze daje w kość. Niby to tylko 9km a jedzie się to prawie bez końca. Coraz częściej spoglądam na nabijacza kilometrów czy to już? W stawce cały czas się mieszamy – to z Marcinem, to z Pirxem. Jakoś nie mogę znaleźć swojego rytmu. Ale na szczęście dojeżdżam na szczyt, jednak zjazd nie daje odpocząć. Niestety tylne koło papie jakie kiś patyk i muszę się zatrzymać. Wyprzedza mnie z 10 osób jak nic, ale cóż poradzić. Szybko wsiadam na rower i cisnę w dół. Wydaje mi się, że jadę naprawdę szybko ale i tak kilka osób przecinkuje się obok mnie z porażającą prędkością.

Na szczęście docieram na sam dół bezpiecznie (po drodze było kilka gleb) i zaczynam kolejny podjazd. Fajna szeroka nowiutka droga biegnąca jak na okolice Złotego Stoku dość „płasko” pod górę umożliwia wyciśnięcie z siebie wszystkiego. Dopiero w jej drugiej części na siłę łapię koło jakiegoś zawodnika i wbijając wzrok w jego tylne koło zaciskam zęby i staram się nie strzelić. Udaje się i dzięki temu znowu łykam kilka osób choć jak to u mnie zwykle bywa wszystkie pozycje tracę z nawiązką na kolejnym super szybkim zjeździe drogami wyłożonymi kamieniami wykańczającymi dłonie.

Bardzo niebezpieczne zakręty przy prędkości >50km/h zbierają swoje żniwo więc ja przezornie solidnie na nich zwalniam i daję się wyprzedzać kilku osobom. Na dole przelatuję obok drugiego bufetu i zaczynam podjazd pod Borówę (lubię ją tak nazywać). Bardzo stroma i długa polana pokazuje jak zagęszczona jest stawka. W odstępach kilku- kilkunastometrowych od samego aż po horyzont kolarze. Trochę mnie to dołuje ale co zrobić. Cisnę ile się da i w końcu na dobre uciekam Marcinowi. Szczyt w sumie przychodzi szybko ale wyjechać to nie wszystko. Zjazd jest dla mnie okropny. Ręce tak bolą, że nie mogę ich nawet oderwać od kierownicy w momentach wywłaszczenia.

 

Dopiero na ostatnim bufecie mogę się rozluźnić i wyprostować plecy. Szybki kubek wody, garść suszonych rodzynek i dymam na ostatni najstromszy ale i najkrótszy podjazd. Udaje się podjechać praktycznie w całości wyprzedzając kilka osób. Nawet dobrze mi się go odjechało i teraz już czekam mnie blisko 10km zjazdu do mety. Najpierw niemrawo szutrówą dokręcam ile się da. Ktoś z tyłu się drze, żeby uważać, bo zaraz jakiś mega zjazd, ale nic takiego ostatecznie nie następuje. Poza ostrymi zakrętami przy dużej prędkości nie było nic trudnego. I w ten sposób docieram do mety ze zdziwieniem bo licznik pokazał dokładnie 40km czyli tyle ile miało być. Jechało mi się tak po prostu normalnie. Nie było źle, nie było też jakieś super mocy.

No i wyszło to w wynikach, które, hm, no cóż… Trzeba się do takich przyzwyczaić chyba w tym roku. Stawka jest nieziemsko mocna.

Relacja Jelitka:

Trzeci wyścig z serii Powerade MTB Maraton odbył się w Złotym Stoku. Tym razem trasa miała być nieznacznie zmieniona. Jako że w życiu nigy nie może być idealnie, dzień przed wyjazdem dopadła mnie infekcja przewodu pokarmowego, a przeziębienie które tliło się od kilku dni przybrało na sile - jednym słowem czułem się fatalnie. Co więcej ostatnio w ogóle nie miałem czasu na przygotowanie roweru do ścigania w górach. Na Murowaną Goślinę i Odyseję Miechowską ratowała mnie przełajówka - tutaj nie było wyjścia, musiałem jakimś cudem w ciągu kilku godzin (ja zwykle na ostatnią chwilę) przygotować prawie całkowicie rozczłonkowany sprzęt do wyjazdu.

Z kołami ze starego górala, niezmontowanymi hamulcami KCNC które kupiłem jakiś czas temu i rozpiętym łańcuchem, pakowałem się w panice. Wyjeżdżaliśmy w dniu imprezy, a ja za wszelką cenę chciałem dotrzeć na start jak najszybciej żeby mieć jeszcze zapas czasu na złożenie roweru. Pod dom Marcina przyjechałem z drobnym poślizgiem (co jest w moim przypadku niechlubną normą). Pogoda była zastanawiająco...idealna.

Po nieco ponad 2 godzinach jazdy dojechaliśmy do Złotego Stoku. Na niebie były pojedyncze chmurki, świeciło słońce a zapowiadanego deszczu nie było widać.
Zaczęło się gorączkowe składanie hamulców - okazało się że klamki mają za mały otwór na linkę. Po ponad 30 minutach walki zdecydowałem się na desperackie wciśnięcie linek na siłę i złożenie sprzętu tak by dało się jechać. Gdyby nie pomoc Marcina z pewnością poddałbym się, o czym z resztą myślałem stając już na  starcie.

Początek był ten sam co ostatnio - długi podjazd. Jadąc w tłumie, w tempie "prokreacyjnym" starałem się dotrzymać tempa Paulinie, co z początku nie było łatwe. Zanim serce wrzuciło wyścigowy bieg, usłyszałem za swoimi plecami znajomy głos Słoika. Wreszcie pojawiła się we mnie mała siła do rywalizacji. Nagły przypływ adrenaliny na pierwszym, trochę niebezpiecznym zjeździe spowodował że poczułem moc w nogach wspomaganą energy drinkiem który wypiłem na pierwszym przepłaszczeniu trasy.

Z każdym kilometrem jechało mi się coraz lepiej i coraz szybciej - zacząłem wreszcie odrabiać straty. Dzięki dużej ilości izotonika, który wypiłem przed startem czułem się dużo lepiej niż rano. W eforii tak się zagalopowałem że na zjeździe przed pierwszym bufetem o mało nie przeleciałem przez kierownicę. Nie chcąc marnować czasu na dokręcanie i prostowanie mostka zjechałem z przekrzywioną kierownicą. Na pierwszym bufecie mija mnie Paulina, która z miną samuraja pognała przed siebie. Ja w tym czasie staram się naprawić defekt.

Po chwili znów jestem na trasie. Ponownie mogę sobie poprawdzić monolog do Pauliny, która jadąc w skupieniu w ogóle mnie nie słucha. Wrzuciłem wyższy bieg i ruszyłem w poszukiwaniu innej ofiary moich żartów. Zarzucam żelik na podjeździe i szykuję się do kolejnej długiej wspinaczki. Wpadam na szutrowy zjazd, tuż przed drugim bufetem. W zasadzie jest już połowa dystansu. Podczas gdy z lekkim podnieceniem dokręcam na zjazdach walcząc ze ślizgającymi się na luźnej nawierzchni oponami, zauważam jak w rowie na jednym z zakrętów siedzi Vacu z Subaru AZS i trzyma przed sobą jakiegoś gościa. Chciałem jechać dalej ale po krótkiej chwili postanowiłem zatrzymać się i zawrócić.

Jak się okazało poszkodowany z WKK kolarz wyleciał z trasy na zakręcie doznając urazu głowy i kręgosłupa. Sprawa wyglądała poważnie - tym bardziej że kask był cały zniszczony a każdy ruch powodował silny ból w plecach poszkodowanego. Chwytam za telefon i dzwonię po pomoc - niestety jedne co słyszę to nakaz oczekiwania gdyż tego dnia Panowie Ratownicy mieli ręce pełne roboty. Po około 10-15 minutach przyjeżdża terenówka GOPRu. Pomagamy w zapakowaniu gościa do transportu, a radiu słychać kolejne wezwanie do wypadku. Jak to GOPRowcy określili tego dnia jeździliśmy z wyjątkową "fantazją". Niestety dobra pogoda sprzyjała szybkiej jeździe i nie dziwię się, że była taka ilość wypadków.

Wraz z Vacem zgarniamy rzeczy poszkodowanego kolegi, rower, kask i zjeżdżamy do drugiego bufetu. Tam zapada decyzja o rezygnacji z dalszej jazdy i powrocie busem do mety. Chociaż zastanawiałem się nad dalszą jazdą to ostatecznie stwierdziłem że szkoda mi czasu i sektora - z pewnością dojechałbym na szarym końcu, bo przy wypadku spędziliśmy prawie godzinę.

Na mecie był już Dawid i Marcin, którzy z czasem nieco ponad 2 godziny dojechali do końca cali i zdrowi. Paulinka jak zwykle poszalała zajmując 4 miejsce w swojej kategorii. No cóż...ja niestety skończyłem z DNFem. Mimo to cieszę się że ten dzień nie skończył się dla mnie pechowo, co zapowiadały przedmaratonowe przygotowania.

Powiązane artykuły (wg słów kluczowych)

Napisz komentarz

Upewnij się że wpisałeś (*) wymagane informacje we wskazanym miejscu.
Prosty kod HTML jest dozwolone.

Maratony MTB, XC MTB Maraton - Złoty Stok