Udało mi się zgromadzić ekipę do samochodu. Pozbierałem wszystkich i dotarliśmy na miejsce. Parę razy po drodze przelotny deszczyk zrosił rowery na dachu i to tyle... do Elbląga... Kiedy dojechaliśmy do bazy zaczęło padać. Z przerwami co prawda ale lało nieustannie przez całą noc. Nie mogłem spać przez to "DRY ONLY". Co to będzie? Piechurzy których wiozłem dwóch ruszyli już 2 godziny po naszym przyjeździe. Noc w deszczu - nie zazdroszczę. Ja pomny niemocy z drugiego dnia Odysei opychałem się czym popadnie aż do północy.
Pobudka niestety potwornie wcześnie - start był o 6:30, a tu trzeba było coś jeszcze zjeść. Deszcz dudnił o dach sali gimnastycznej. Wróciłem jeszcze żeby zarzucić jakąś kurtkę i siup na metę. Miałem zacząć z Ziemkiem (takim z Wawy, którego zabrałem po drodze) ale w mrokach wczesnego świtu nie udało nam się wzajem odnaleść. Wymyśliłem wariant oszczędny z zaliczaniem tylko wysoko punktowanych PK (na Harpaganie PK mają jeszcze wagę od 1 do 5 i to punkty wagowe są najważniejsze), bo wszyscy w bazie, którzy bywali w okolicach Elbląga mówili, że trasa jest trudna. Mówili też, że tu nie ma piachu. Deszcz minął dokładnie o 6:30. Pojechałem na początek rozgrzewkowo. Przy pierwszym PK okazało się, że Aka to chyba najgorsza możliwa opona na te zawody. Parę razy popedałowałem stojąc w miejscu, ale w końcu odpuściłem i pod górkę już tylko pchałem. Kiedy dotarłem okazało się, że wybrałem gorszy wariant i prawie wszyscy już tam byli.
Drugi etap też nie był udany. Harpagan jest mocno harcerski. Objawia się to między innymi tym, że na ogół nawiguje się na mapach topograficznych z lat 80-tych. Aktualizacje ograniczają się do kilku głównych dróg z czego po jednej - trasie ekspresowej na Kaliningrad - nie wolno było się poruszać. Szlak czerwony zmienił przebieg i zamiast łatwego dojścia drogą z dołu władowałem się w dżunglę okalającą PK15 od góry. Przedzierałem się początkowo sam, potem z dwoma kompanami a kiedy dotarliśmy do potoku w dolinie okazało się, że w krzakach poukrywany jest całkiem spory peleton szukający tego samego punktu. W pewnym momencie spojrzałem na licznik i okazało się, że mogę go sobie wsadzić do plecaka. Ekran był rozwalony. Nie mam pojęcia jak to się stało, bo licznik mam zamontowany tuż za mostkiem - to chyba najbezpieczniejsze miejsce na rowerze. Nie było na nim żadnych śladów uderzenia ani zadrapania ani w ogóle nic! Kolejny Garmin Edge 500 poszedł się kochać... Załamało mnie to do tego stopnia, że miałem ochotę wrócić na metę najkrótszą drogą.
Stwierdziłem jednak, że skoru już tu jestem a pogoda się poprawia to pojeżdżę po okolicy - a nuż jakiś punkt wskoczy, to przynajmniej nie będę ostatni. Trochę na rzepa (za kimś z licznikiem), trochę na tropiciela (po śladach kół) a trochę na topografię przejechałem resztę trasy. Poza wrednie ulokowanym w jakimś najgorzej skartowanym fragmencie mapy PK16 pozostałe, które zaliczyłem nie były najgorsze. W drugiej części trasy dało się sporo obskoczyć asfaltem a i polne drogi jakieś suchsze się zdawały. Przez dosyć spory kawałek jechałem z Adamem Wojciechowskim, który ostatnio wygrał jedne zawody, a skoro dotrzymywałem mu tempa to znaczyło ze mną nie jest najgorzej (na mecie nawet powiedział, że miejscami jechałem za szybko dla niego - i jakie wytworne maniery? Kurtuazja godna arystokraty).
Na PK 14 spotkałem mojego pasażera, Ziemka. Resztę trasy postanowiliśmy jechać razem. Dla mnie sama korzyść, bo i zmiany dało się robić i licznik miał. Razem z jeszcze jednym gościem pojechaliśmy bez sensu do punktu na skraju mapy ale miał dużo punktów wagowych, a pazerność punktowa jest uczuciem trudnym do opanowania. Tam stwierdziliśmy, że sił już nie staje i jedziemy na metę przez 17 i 19 (po pięć punktów wagowych), a jak zostanie jeszcze czasu, to może jeszcze jakiś z jeden punkt wyrwiemy. Na 17 było totalnie rozjeżdżone i niestety w każdą stronę, więc tropienie na nic się nie zdało. Punkt umieszczony tak wrednie, że nie tylko ja (bez licznika gwoli przypomnienia) miałem wątpliwości. Tuż przed punktem facet za mną powiedział, żebym wyciągnął sobie patyk spod przerzutki bo mi hak urwie. Niestety za późno. Zapasu nie miałem więc spiąłem na sztywno i modliłem się, żeby nie było po drodze żadnej górki. Zostało jeszcz 1,5 godziny - w sam raz na zaliczenie PK 19... Na szczęście tym razem przyszło otrzeźwienie i pojechaliśmy prosto na metę. Żałowałem tylko, żem sobie nie spiął na najtwardszym przełożeniu, bo mógłbym szybciej jechać. I tak przyjechaliśmy 20 min przed terminem. Nie miałem zbyt wielkich nadziei na wynik. Okazało się, że był to jeden z najtrudniejszych Harpaganów w historii. Nie dosyć, że nikt z rowerzystów nie zdobył tytułu (wymaga zaliczenia wszystkich punktów i powrotu na metę w 12 godzin), to najlepsi mieli po 15 punktów. Ja z moimi 34 punktami wagowymi wylądowałem na 85 miejscu na 347 startujących! Plan minimum częściowo zaliczony z nawiązką - to już drugie zawody w których przyjeżdżam w 25% zamiast w pod koniec 1/3 stawki. Chyba od przyszłego roku muszę zmienić cele. Drugi tradycyjny cel - objechanie Uli Wojciechowskiej - niestety musi zaczekać do przyszłego roku. Ula zachowała trzeźwy umysł i zaliczyła, to co trzeba było zaliczyć lądując g\tym samym na 16. w open, a w kobiecej oczywiście na I. Ja, nawet jakbym miał rower sprawny do końca, wylądowałbym góra na 33-34 miejscu - tyle mnie kosztowało 5 punktów, których mi zabrakło z 19 punktu. Gonienie Uli trwa. Trzeci punkt planu minimum - zdobycie wszsytkich punktów - w przypadku takich zawodów jak Harpagan oznaczałoby bycie wśród najlepszych, a to na razie nie moja liga. Ziemek któremu na wyniku w ogóle nie zależało miał 3 pkty mniej ode mnie, choć mógł zaliczyć 19-stkę i być lepszy. Wielki szacun dla wielkiego człowieka. Dzięki za troskę! No a najlepsze, to to, że to już druga czy trzecia impreza na której nie walczyłem ze skurczami!
Mój pasażer Krzychu z Krakowa miał jeszcze śmieszniej niż ja, bo na pierwszym PK odbiło mu się hotdogiem z baru Kasia w Sochaczewie i z tym jednym PK został. Za to Zenek Lulek (również mój pasażer) zrobił pieszego Harpagana jako jeden z 6-ciu i był na tyle szybki, że wylądował na III miejscu.
Dystans: 158km
Czas: 11h 38' 41"
Kolejność: 8-15-16-20-10-11-14-13-17
Mój track z moimi punktami:
http://pl.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=2145871
Pozostałych punktów nie zaznaczyłem - Mapa topograficzna jest tak niedokładna, że nie da się na googleMaps czu innym WikiLoc uczciwie tego zaznaczyć.
PS. Przez cały dzień myślałem, że to jest mój ostatni Harpagan, bo z takimi mapami to po prostu nie ma sensu. Przeszło mi. Nie chciałby ktoś z was wybrać się nad morze w kwietniu?
PPS. Ale epistołę walnąłem. Trochę błędów się wkradło ale ja mam gorączkę, więc w ogóle nie czuję się winny. Ta długość to też skutek maligny.
Tekst: qnick, zdjęcia: surf i jar haw

