Z szóstki robię dwójkę – jak dla mnie bardzo dobrze, w tym roku raptem 700 km w nogach to się nie ujadę. Dojazd do Jeleniej Góry to jeden wielki demotywator, cały czas w deszczu ale humory dopisują. Na miejscu szybkie rozłożenie namiotu i do spania. Dobra wiadomość przestało padać. Rano przywitało nas piękne słoneczko. Jest chłodno ale cudownie w porównaniu do dnia poprzedniego.

Zaczyna się pierwszy problem, „na krótko” czy „na długo”. Wybrana opcja pół na pół. Ale jest fanie ciepło. Start oczywiście z samego końca i to jest pierwszy punkt przez, który nie udało się zrealizować planu na ten maraton czyli osiągnięcie czasu 3:30:00. Niestety przebijanie się przez ten tłum nie było łatwe, no i pierwsze 12 km to szybki asfalt. Na tej ścieżce rowerowej nie mogłem się doprosić o przepuszczenie. Wyprzedzanie po trawie kosztowało za dużo siły więc trochę odpuściłem. Pierwszy podjazd idzie rewelacyjnie. Noga podaje bardzo dobrze, aż jestem zaskoczony jak dobrze idzie!!!
W pewnym momencie zmieniam zdanie - idzie masakrycznie. Zwiększam kadencję, bo przed oczami mam urwany łańcuch. Coś jest nie tak. Patrzę na przerzutki i….. niedowierzam, zamiast jechać na młynku, przód się zablokował na środkowej tarczy. Wściekły na siebie, z problemami zrzucam na młynek i dalej pod górę. Pierwszy zjazd – szybko, bardzo szybko w dół. W tym miejscu kończy się również ta „czystsza” część trasy. Zaczyna się błotko, które prawie cały czas urozmaica zawody. Gdyby nie ono to trasa była by bardzo prosta. Skąd oni wzięli tą 6?? Na jednym ze zjazdów dość mocno przywaliłem tyłkiem w siodełko, i tu zaczął się drugi problem, który pozbawił mnie marzeń
o uzyskaniu dobrego czasu. Poluzowało się jarzemko. Zamiast to porządnie skręcić zrobiłem to na szybko. Choć i tak straciłem przy tym sporo czasu. Dalej jedzie mi się rewelacyjnie, pojawia się kilka fajnych zjazdów.
Wow coś niespotykanego. Na zjazdach wyprzedzam! Chyba głowa w końcu się odblokowała. Kolejne zjazdy rewelacyjnie zalane błotem. Na jednym z takich zjazdów przesadziłem z prędkością, zamiast zwalniać rower wraz z płynącym błotkiem jeździ jak chce. Na szczęście przed glebą uratowało mnie podjechanie pod górę (taki mały przeciwstok) – niewiele brakowało, a o kierownicę rozbiłbym klejnoty - tak mnie wyhamowało. Chwilę później zaliczyłem drugi skok adrenaliny. Pędząc prawie 50 km\h, drogą, która przypominała rzeczkę najechałem na śliski kamień. Nie wiem jak to się stało, że nie zaliczyłem OTB. Niestety przez te szybkie zjazdy znowu poluzowało się siodełko. Dowiedziałem się o tym, jak po bardzo ostrym zjeździe chciałem usiąść na siodełku, a jego tam nie było.
Zatrzymuję się na dole. Do mety 12 kilometrów. Jazda na stojaka?? Nie, poszukam części. I to było niewiarygodne – znalazłem wszystkie!!! Jeszcze skręcenie tego patentu rodem z KCNC i ruszam w pogoń. Końcówka to istne szaleństwo. Ale i tak czas 4:03. O pół godziny za długo. Mimo wszystko jestem bardzo zadowolony. Czas na mycie siebie i sprzętu. Idzie dość sprawnie. Wszyscy uśmiechnięci poza Tomkiem, z którym jedziemy jeszcze do szpitala. Tam diagnoza – złamanie ręki L. Z taką ręką przejechał prawie 40 km – twarda sztuka. Motywacja do trenowania na przyszły sezon wróciła.

Jeden zaskakujący telefon i jeszcze bardziej zaskakująca odpowiedź J. Jadę na maraton, a w tym roku miałem sobie je odpuścić. Kolega Robert przekonał mnie tym, że to będą mistrzostwa Polski i trasa o trudności 6. Szybki rzut okiem kto to organizuje – Bikemaraton – to trasa nie będzie trudna.