Pewnie będzie powtórka z TT, prognozy są takie, że ma lać...
"Możesz mnie okraść, zagłodzić, zbić, a nawet zabić ale mnie nie zanudzaj "
Dziś objeżdżałem Tatry, tyle, że samochodem i pogoda była piękna. Nie wiem czy w zeszłym roku już to było, ale od Zdiaru do odbicia na przejście graniczne w Jurgowie położyli nowy asfalt, więc na zjeździe będziecie mieli miodnie
Chyba czas znowu jakąś cienką gumkę złożyć, bo ta trasa jest grzechu warta.
Miałem w planach przejechać Rajd w miarę lajcikowo, ale jak to się zwykle zdarza adrenalina nie pozwalała się oszczędzać. Przyjechałem na miejsce grillowania w pierwszej dwójce, jadąc drugą połowę dystansu głównie tylko z Piotrkiem Szafrańcem. Na miejscu biłyśmy trochę za wcześnie bo operatorzy grilla dopiero zaczęli się organizować. Nasz czas to 6.14 na ponad 200km. Z Baikoholików byli jeszcze Radzik Buła i Kr1s. Pogoda była w sumie dobra, na początku trochę postraszyło, ale po około 2h przelotnego deszczyku wypogodziło się i dobrze się jechało chociaż były jeszcze mokre odcinki drogi. Na starcie byli jeszcze Waldek i Ojtet, ale stwierdzili że jest zaniesione i mokro więc nie pojadą. Próbowałem Ich jeszcze przekonać ale mi się nie udało.
Nie wiem dlaczego koledzy się tak łatwo poddają przecież nazwa Bikeholik do czegoś zobowiązuje. Z kolei na innych forach młodsi koledzy płaczą że na Road Trophy są drogi za strome. Proponuje mniej marudzić i płakać bo inni zamiast mówić o Nas Baikoholicy będą mówić "Płaczki". Radzik mi na ognisku wytłumaczył że Waldek i Ojtet zachorowali chyba na tajemniczą chorobę "Sks"
Może niech relacje napisze ktoś inny, bo połowa mojej jazdy to była jazda parami więc mało ciekawie.
Ja coś skrobnę od siebie :)
Zacznę od dnia przed startem. Upałowa temp. oscylowała w granicach 33st. C (dane ze Skomielnej Białej), wiedząc o zasadzie ze szkoły i ze swojego zainteresowania wraz ze wzrostem wysokości n.p.m temp. maleje. Tak też myślałem, ale niestety od domu (250m n.p.m) do Bukowiny Tat. (1000), gdyż tam nocowałem, utrzymywała się na takiej samej kreseczce słupka rtęci :). Po 125 km jestem na miejscu, zdyszany, wypocony, wymięty, a wcale nie jechałem szybko, zaledwie avs 26. Wieczorkiem poszedłem na basen. Troszkę się zrelaksowałem, zjadłem makaroniero i poszedłem usypiać. Niedziela przywitała mnie gęstymi chmurami z porannym opadem przed NT, gdzie musiałem do niego dojechać w tej zimnocie całe 20 km. Na starcie stanęła nas czwórka, bo dwóch delikwentów zdezerterowało :) prawda Jacku i Waldku. Ruszamy, tempo idzie jak krew z nosa :) zapewne przez deszcz ;). Całą ekipą (ok 42) dojechaliśmy do granicy, a już pod Oravice wycinaków czterech pojechałoooo. Zjazd rozszarpał jeszcze bardziej kolarzy. Jakimś dziwnym trafem przed hutą doszedł nas Mirek (sikanko miał wcześniej) oraz Radzik i tak sobie jechaliśmy jako druga grupka pod Hutę. Ale jak to górki, to nie cnoty i nas rozdziewiczyły, także Mirek z Krisem wystrzelili do przodu a ja z Radzikiem powolutku się czołgaliśmy za nimi, wydłużając coraz bardziej dystans między naszą czwórką. Takim to sposobem rozsypaliśmy się i sami pokonywaliśmy wzniesienie. Cały czas widziałem plecy krisa lecz nie doszedłem go przed szczytem. Pomyślałem sobie że kto jak kto ale na zjeździe go dopadnę ;p. Niestety wyszła bulba, ponieważ miałem na mokrej nawierzchni drift,... się pospinałem i pomyslałem pierdo... nie zapier.. :) Zbliżając się do bufetu widzę że doganiam krisa lecz on czmychnął na bufet a ja przyjechałem tuz za nim. Po sikanku i spożyciu dziwnych bułek ruszyliśmy sami we dwójkę w stronę mety. Po paru minutach doszedł nas kolarz z Czernichowa. przecinak dawał dobre zmiany, akurat wtedy kiedy miałem kryzys a było to na tym dłuuuugim podjeździe pod wysokie tatry. Jakoś wyjechałem ostatkiem sił z chłopakami nie dając po sobie znać ze mam serdecznie dość ich tempa :). Następny bufet i następne bułki. Krsi powiedział, że nie może ich jeść;p, mnie smakowały. Ruszamy znowu i doganiamy gościa z saxo banku łaaał ;p, który czmychnął wcześniej z bufetu. Zaczął się ostatni podjazd ze Zdiru do Łysej Polany. Dziwnie to zabrzmi ale tam odzyskałem siły a zjazd mnie jeszcze bardziej zmotywował do dalszej pracy. W Jurgowie widzimy jakiś kolarzy, W ten czas dostałem jeszcze większego powera i pociągneliśmy ostro do nich. Dogoniliśmy ich za rondem w Bukowinie. I tak dojechaliśmy do mety wspólnie de fakto naszą trójką, bo ten z saxo więcej się woził, a tych co dogoniliśmy trzymali się na ogonie.
Można to wrzucić jako relację sir.
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten temat. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)
Bookmarks