„Bronek na dziole” – relacja Ptysia
Uczestnicy wycieczki :
Pasieczkin, Stah, Misiek, Piero, Ptyś, Tchiosi przez 15 minut Michałł
02.09.2007 - niedziela
Godzina 7:00 Golkowice dom Pasiecznika , tutaj zostawiłem samochód (Ptyś) i razem z kolegą (Tchios) , przywitaliśmy już gotowego i rozgrzanego Pasieczkina. Od razu ruszyliśmy w stronę Krakowa pod nieżywego już smoka wawelskiego. Po drodze widzieliśmy jedynie zwolna budzących się ludzi i obok Nas gęsią skórkę , bo poranna temperatura była iście jesienna.
Przyjechaliśmy szczęśliwie i na miejscu byliśmy pierwsi , ledwo tylko co zdążyliśmy oprzeć nogi na asfalcie , do naszej grupy dołączyli pozostali : Stach, Misiek, Piero. Poznaliśmy się i poczekaliśmy jeszcze chwilkę na ewentualnych marudziarzy :-) którzy mogli by zaspać i nie być na czas. Grupa jednak była żądna przygód i nie czekaliśmy długo , ruszyliśmy z piskiem opon i obraliśmy kierunek na Mogilany. Po przejechaniu mostu na Wiśle , skręciliśmy zaraz za malowniczymi budami przełom XX / XXI wiek w prawo i nagle jak grom z jasnego nieba Tchios , który przygotowywał się do wycieczki cały tydzień i nie mógł nic przegapić , zakrzyczał – „chyba złapałem gumę, uchodzi mi powietrze” , oczywiście nie uwierzyłem na początku i uznałem to za niezły dowcip, :-) ale jednak to nie był żart. Z oponki uciekało powietrze . Nie mieliśmy ani dętek, ani łatek ani ani… Koledzy, których dogoniliśmy dzięki ich uprzejmości, czekali na nas - zadziałali tak szybko, że nie nadążała za tym nasza wyobraźnia.
Tchios myślał że to koniec jego przygody, ale Pasieczkin wyciągnął swój zestaw Adama Słodowego i jednym ruchem ręki odkręcił motylek koła, drugim i zwinnym ruchem ściągnął oponę z felgi a trzecim ruchem zakleił dziurę , napompował oponę i założył koło wraz z łańcuchem. Na wycinakach nie wywarło to żadnego wrażenia, a na Nas, no cóż gdyby Pasieczkin był dziewczyną już byłby Naszą zoną :-)
Pojechaliśmy dalej, Zakopianka po 8-smej budziła się ze snu i kierowcy wiedząc, że po drodze nie ma śpiących jeszcze misiaczków cięli powietrze jak F16. Jechało się dobrze a na niebie ukazywał się błękit utkany cumulusami. Jechałem z tyłu peletonu czuwając by nikt niczego Nam z tyłu nie podwędził :-) Wiadomo człowiek najbardziej zaskoczony jak go ktoś z tyłu zajdzie ;) . W Mogilanach skręciliśmy w boczną drogę, którą jechaliśmy chwilkę, po czym skręciliśmy na zielony szlak do Lasu Bronaczowa gdzie wskoczyliśmy na niebieski szlak na Krzywaczkę i przez Bukowiec do Rudnika. Poprzez gaje, ścieżki i pola mknęliśmy ciągle, co dawało się powoli odczuć, bo ciągle widziałem na horyzoncie kaski wycinaków :-), a kiedy oni się zatrzymywali i czekali na mnie :-) ja dojeżdżałem, na co oni stwierdzali, Oki jesteś to jedziemy dalej ;) a mój odpoczynek :> ? Ostatni zawsze mają przerąbane :-). Ścieżki w lesie z kamieniami wielkości ludzkiej głowy dobre dla wycieczek Camel Trophy, ale jak się okazało to tylko następne wyzwanie dla bikeholików :-) , niektóre podjazdy były zbyt strome a grunt zbyt śliski , dlatego musieliśmy rowery podprowadzać pod górę , dało się także zauważyć powalone drzewa przez ostatnią wichurę która szła właśnie chyba tą ścieżką na Limanową , Zakopane. Po morderczym podejściu pod diabelski kamień rozłożyliśmy biwak by delektować się chwilą odpoczynku , niektórzy dopompowali opony i przygotowywali się do szybkiego zjazdu. Ja siedziałem i odpoczywałem , niektórzy snuli opowieści o geologicznym pochodzeniu tych kamieni. Dało się słyszeć także opowieści i posądzenia jakoby kamień ten był darem obcych a jako dowód został przytoczony równie tajemniczy las we Wrząsowicach.

Odpoczynek nie trwał długo , gonił nas czas albo pragnienie , tego do końca nie wiem do dziś, rozpoczęliśmy zjazd , myślałem że jadąc tyle pod górę równie długo będziemy zjeżdżać w dół ,jak zwykle się myliłem , podczas zjazdu :-) pierwszy pechowiec okazał się także następnym , tym razem nie wytrzymała przednia opona Tchiosa i znowu była wymagana szybkość Pasiecznika , później często pompujący oponę Stach , stwierdził że biceps prawej ręki jest już w miarę i postanowił także zakleić dziurę w oponie :-) , przecięliśmy pasmo Barnasiówki i zjechaliśmy do Jasienicy , po zjeździe z góry stanęliśmy pod znakiem Jasienicy Mexyk ;) , lecimy teraz kawałkiem asfaltu w dół, po czym zakręcamy w prawo i wjeżdżamy 6 km podjazdem przez Kozówkę na sam szczyt zwany Dziołem (Trzebińska Góra). I tutaj wszystkiego się dowiedziałem , otóż Dzioł oznacza szczyt góry , a Bronek myślałem, że imię Męskie od Bronisława , i tutaj coś mi się nie zgadzało , słyszałem jeszcze, że ów Bronek jest zakopany , dopiero coś później zaiskrzyło i okazało się że ów Bronek to browar :-) zakopany :-) i to nie byle jaki bo Rumuński :-) , Na Dziole czekała nagroda dla wytrwałych , ognisko z kiełbasami , zakopane bronki przez Pasiecznika dużo chleba i ogólnie jedzenie i regenerowanie sił :-) - ja leżałem jak dętka bez powietrze i dyszałem , czując że jedzą mnie mrówki , nie byłem w stanie nawet się obronić , trawy plątały me nogi a ja byłem bez życia :-) a myśl o powrocie – ręce samoczynnie kopały dołek w ziemi … nie wiem co oni jedzą , ale to na pewno nie po kiełbasie mają tyle pary :-) Przy ognisku zgłębialiśmy tajniki historii wojennych pobliskich terenów, nagle , (a ja już myślałem że to policjant z alkomatem) , pojawił się jeszcze Michałł , został bardzo ciepło przywitany kiełbasą , chlebem i piwem jak mówią tamtejsze obyczaje. Przysiadł się na chwilkę ale że gnał gdzieś do Myślenic nie posiedział długo. Dodam tylko że był pełnoletni – sprawdziliśmy dowód ;)

Niektórzy zjedli i po trzy laski :-) , taki mieli spust i dodam że chodziło o kiełbasę , polało się piwo , i było miło … lecz czas ma to do siebie że szybko w takich chwilach biegnie ,,, dlatego posprzątaliśmy dbając o przyszłe pokolenia i pognaliśmy w dół mając na uwadze wściekłe psy które u podnóża dziołu zapewne zasadziły się na nas , Pasieczkin opowiedział że nikomu nie odpuszczają więc trzeba było się mieć na baczności . Jechałem z tyłu i tych co by nie dogoniły to wiecie … :-)
Koledzy pruli z góry a ja myślałem że będą cicho by nie wywabić wilka z lasu , a tu nagle ciszę czasem zakłóconą przez igraszki koników polnych przeciął wrzask, jak ze skóry obdzieranego zwierza , który postawił psy na wszystkie nogi a łańcuchy ich bud napięły się do granic wytrzymałości … takie to dowcipnisie :-) … a ja jechałem z tyłu …

Cięliśmy szlakiem czerwonym , ale kiedy zginęli mi w lesie , dojechałem do małego rozjazdu z jednej drogi zrobiły się dwie i miałem dylemat, może nie jak Balcerowicz kiedy podnosi stopy, ale miałem , matka natura szepnęła i pociąłem czerwonym szlakiem ale już nie tak szaleńczo lecz jak tropiciel zwierzyny , szukałem śladów opon , lecz ich nie znajdowałem i wtedy doszła do mnie ta myśl że się zgubiłem. Zatrzymałem się i zakrzyczałem halo jak do telefonu ale nikt nie odpowiedział i krzyknąłem znowu ,,, i nic ,,, hmm zdobycze techniki , telefon ,,, era ,,, brak sygnału , odwróciłem się i pociąłem w górę by złapać sygnał, trwało to chyba jakieś 20 minut, ale zadzwonił Pasieczkin jak opiekuńcza Mama i powiedział bym spokojnie ciął czerwonym szlakiem to dojadę do nich :-) i tak ciałem chyba z 15 minut zanim dojechałem :-) Ostatnim etapem dzielącym Nas od Myślenic był zjazd czerwonym szlakiem , po ścieżkach i trawach zbocza góry. Ścieżka uczęszczana przez ludzi i dzieci , i my na rowerach , z prędkością skaczący po bezdrożach leśnych , widok na pewno zapierający dech w piersiach , wzbudzający u rodziców dzieci politowanie , a u samych dzieci zazdrość :-) i tak właśnie było, ludzie uchodzący w krzaki , by nie spotkać się z Bikeholikiem , machające dzieci , i wstydliwe spojrzenia płci pięknej. Cały zjazd nie trwał długo , ale należało się mieć na baczności , niewidoczne dziury na łące , ucięte metalowe słupy , wydzierające mięso z ramion ostrza czernic lub ostrężyn. U dołu dziękowałem cywilizacji, że potrafiła wymyślić coś takiego jak asfalt , nadgarstki bolały równie mocno jak tyłek. Po zjeździe chwila odpoczynku i zakupy w sklepie , woda , pepsi i słodycze. A później ostatnie starcie , czyli droga powrotna do Krakowa , przez Siepraw i Świątniki. Tak jak poprzednio jechałem na tyłach a reszta grupy cięła z przodu , opowiadali pewnie różne opowieści i dowcipy ale ich nie słyszałem :-) ale za to za każdym razem klaskali jak zbliżałem się do nich :-) kiedy na mnie czekali :-). No cóż wraca się zawsze szybciej , i nie wiem czy to złudzenie czy faktycznie tak jest , powrót był szybki na końcu pożegnaliśmy się i podziękowaliśmy sobie nawzajem za to że było tak fajnie , i mając nadzieję że to kiedyś powtórzymy :-) pojechaliśmy każdy w swoją stronę . Dziękuję wszystkim za to że było naprawdę super i przepraszam za ociąganie się , mam nadzieję że innym razem będzie lepiej. Teraz już wiem że nie warto oglądać M – jak mdłość tylko kręcić na rowerze ;)
Wtrącę jeszcze tutaj coś bo nie wiem w jakim to było momencie zjazdu , ale było, tak że kolega Tchios jadąc na rowerze w bardzo trudnym odcinku drogi , przeleciał przez kierownicę , a rower za nim wykonał podwójne salto z półobrotem :-) coś jak Chuck Norris . Na szczęście nic się nie stało, a dodam że kolega jechał bez kasku. Nawet rower nie ucierpiał zbytnio. Ja pierwszy raz w życiu jechałem z SPD i kilka razy bezwiednie leciałem na bok nie mogąc się wypiąć , miałem tylko nadzieję że nie wpadnę właśnie w ten sposób w kałużę. :-)
Pozdrowionka - PTYŚ
{zoomgallery 28}
?