Do naszej grupy dołączył nowy maniak rowerowy - z wielką radością witamy Qnika.

Czy góry o wysokości 300 m npm mogą dostarczyć wrażeń godnych szczytów sięgających nieba. Jak się troszkę poszpera to okazuje się że tak.

W planach było zupełnie co innego. Życie zweryfikowało to i owo. Na głębokim kacu dołączyłem do świetnej i wesołej ekipy zaliczające dzielnie Szczebel i Lubogoszcz.

Za oknem widoczki takie sobie. Zimno. Idealna pogoda aby odwiedzić zaniedbane ostatnio wschodnie rubieże Beskidu Makowskiego.
Ja takiego listopada nie pamiętam. Po prostu wymarzony na rower. W wąsko rodzinnym gronie zaliczyliśmy fajny wypadzik na zachodnich rubieżach Beskidu Sądeckiego.
Przed wyjazdem na Odyseję bałem się pecha jaki zawsze mnie prześladował przy przejażdżkach z Małym. Nie potrzebnie. Odyseja przeszła kompletnie bezawaryjnie. Niestety okazało się, że to tylko odroczenie... Najpierw długo nie wiedziałem jak się ubrać i jak ubrać rower. Prognozy nie były zbyt optymistycznej - jeszcze w środę zapowiadali, że w Elblągu nad ranem w sobotę będzie mróz. Brrrr. Nie lubię jeździć na mrozie, bo kości już nie te i boję się kontuzji. Ale znacznie gorsze było podejmowanie decyzji odnośnie ogumienia. Po Kościerzyńskim Harapaganie oraz po kilku wakacjach nad morzem pozostało mi wrażenie, że tam wszędzie jest pełno piachu. Jak każdy szanujący się beskidzki biker brzydzę się piachem, piach budzi we mnie lęk, nie pozwala spać po nocach, piach odbiera moc i wolę walki. Ale oprócz piachu są jeszcze przeloty między terenem gdzie warto mieć coś gładkiego dla zaoszczędzenia czasu. Postawiłem na kompromis - Geax Aka. Jeszcze przed zakupem przykuło moją uwagę wielkimi literami napisane "DRY ONLY". Prognozy deszczu nie były tak złe. No a przecież deszcz szybko wsiąka w piach, tylko piaaaaach, suchy piaaaach. Suchy suchy suchy suchy... (taki cytacik dla starszych). Pomyślałem, że jakoś tam będzie się dało jechać po tych krótkich odcinkach z błotem, za to resztę śmignę tempem szoszona.
Odyseja zawsze będzie dla mnie rajdem kultowym. Kto wie, czy w ogóle dowiedziałbym się o istnieniu MTBO, gdyby nie to, że rok temu mój znajomy szukał kompana do pary na Jesienną Odyseję w Gródku n/Dunajcem. Okazało się, że mój zeszłoroczny partner ma w ten weekend imprezę bieganą, a że biegi traktuje poważniej niż rower, to z Odysei rezygnuje. I co ja mam zrobić? Brać kogoś z łapanki to zawsze spore ryzyko. Może namówię Małego? Ale on nie lubi rywalizacji, liczników rowerowych i jeżdżenia po asfaltach, a to 3 rzeczy, z którymi musiałby się zmierzyć w czasie tej imprezy. Kręcił nosem bardzo, ale w końcu, chyba z litości, zgodził się wystartować. Kiedy formularz zgłoszeniowy ruszył odkryłem, że istnieje możliwość startu solo (kto by tam czytał regulaminy?). Nie chcąc dalej przymuszać Małego do startu szybko się zapisałem na solo. Wtedy okazało się, że Mały przeszedł jakąś ewolucję mentalną i jednak chce startować. Umówiliśmy się, że wystartujemy niby w parze, ale solo, żeby: a) jak się mu znudzi to pojedzie do bazy, b) jak ja spuchnę on będzie mógł skończyć rajd.

